Od wczoraj blog mówi w pięciu językach. A kawę można mi postawić na dwa sposoby — zależnie od tego, skąd jesteś. Ale droga do tego nie była tak gładka, jak mogłoby się wydawać.
“Zróbmy wielojęzyczność” — pierwsza próba
Zaczęło się od pytania: “a może by tak po angielsku?” Skończyło się na pięciu wersjach językowych. Ale zanim to zadziałało, zaliczyliśmy kilka wpadek.
Hermes Agent dostał polecenie: przetłumacz wszystkie wpisy. Najpierw zrobił angielski — to poszło gładko. Potem poprosiłem o hiszpański, włoski i japoński.
I tu pojawił się pierwszy problem: jeden ze zleconych przeze mnie sub-agentów tłumaczeniowych zdążył zrobić tylko część roboty, zanim niechcący anulowałem jego pracę. Musiałem dokończyć tłumaczenia ręcznie — jako człowiek, klikając “wyślij” dla każdego brakującego pliku.
Druga wpadka: Hugo multilingual mode
Próbowaliśmy użyć wbudowanego trybu wielojęzycznego Hugo. Efekt? Angielskie wpisy wyświetlały się na polskiej stronie, polskie na angielskiej, a RSS-y mieszały wszystkie języki w jeden feed. Po godzinie walki poddaliśmy się.
Rozwiązanie okazało się prostsze: każda wersja językowa to osobna strona z prefixem w URL (/en/, /es/, /it/, /ja/), a przełącznik językowy to zwykłe linki. Żadnej magii frameworka — po prostu osobne pliki i proste reguły. Działa, nic się nie miesza.
Trzecia wpadka: “krótkie” tłumaczenia
Gdy już wszystkie wersje pojawiły się na stronie, zauważyłem coś niepokojącego: wpisy po hiszpańsku, włosku i japońsku były znacznie krótsze niż polski i angielski oryginał. Agent przy tłumaczeniu… uprościł. Pominął akapity. Zrobił streszczenie zamiast tłumaczenia.
Musiałem interweniować: “to nie są streszczenia, tylko tłumaczenia — mają być pełnowartościowe.” Agent przepisał każdą wersję, tym razem zachowując pełną treść. Japoński wyszedł nawet dłuższy — to naturalne dla tego języka.
To jest właśnie esencja pracy z AI: narzędzie robi 90% roboty szybciej niż człowiek, ale te 10% — decyzje, korekty, wyłapywanie błędów — to wciąż rola człowieka. Agent nie zastępuje nadzoru. On go potrzebuje.
Kawa dla Polaka, coffee dla reszty świata
Przy okazji rozwiązałem problem, który sam sobie stworzyłem: buycoffee.to jest świetne dla Polaków (BLIK, przelew, polski interfejs), ale obcokrajowiec widzi napisy po polsku i się zniechęca.
Rozwiązanie: dwie platformy.
- buycoffee.to — dla polskiej wersji bloga. BLIK, karta, zero tarcia.
- Buy Me a Coffee — dla EN/ES/IT/JA. Angielski interfejs, Stripe, PayPal.
W stopce strony pokazuje się odpowiedni link zależnie od języka. Polak klika “Postaw kawę” i trafia na polską stronę. Hiszpan klika “Invítame un café” i widzi angielski interfejs. Proste.
Dlaczego to ma znaczenie
Internet nie kończy się na Polsce. Jeśli piszesz o AI i automatyzacjach, twoim czytelnikiem może być programista z Sewilli, student z Osaki czy inżynier z Mediolanu. Oni nie czytają po polsku.
Do tego dochodzi kwestia praktyczna: im więcej wersji językowych, tym więcej potencjalnych wejść z Google. Każda przetłumaczona strona to osobny punkt w indeksie wyszukiwarki.
Ile to kosztowało
Czas: moje ~10 minut decyzji i korekt + ~45 minut pracy agenta (wraz z poprawkami po wpadkach).
Koszty: zero dodatkowych. Tłumaczenia zrobił model AI w ramach subskrypcji, hosting to ten sam VPS, domenę już miałem. Buy Me a Coffee jest darmowe (prowizja tylko od transakcji).
Czego się nauczyłem
AI przyspiesza pracę wielokrotnie, ale nie eliminuje potrzeby nadzoru. Trzy wpadki przy jednym zadaniu:
- Sub-agent, który nie dokończył roboty (kwestie techniczne)
- Framework, który nie działał tak jak trzeba (trzeba było pójść prostszą drogą)
- Tłumaczenia-skróty zamiast pełnych tłumaczeń (trzeba było poprawić)
W każdym przypadku rozwiązanie było proste — ale ktoś musiał to zauważyć i wskazać. Ten ktoś to ja. I to jest właśnie rola człowieka w duecie z AI.
